Que Pasa?I Festiwal Kultury Hiszpańskojęzycznej w Poznaniu

Polskie kina roją się od rodzimych lub amerykańskich produkcji. To dobrze, że przeciętny widz posiada obecnie tak ogromny wybór, mając na względzie stan ofert kin sprzed kilkunastu lat, kiedy to każde posiadało jedną salę, a o tym, by jeden film puszczano parokrotnie w ciągu tego samego dnia, nikomu się chyba nawet nie śniło.

Dzisiaj mamy sieć kin, np. Multikino, w każdym jest po osiem lub więcej sal (w Ciemna City, dawnym Kinepolis w Poznaniu tych sal jest dwadzieścia!). Jest to bardzo wygodne, gdyż przychodząc do takiego kina nigdy nie ma możliwości, żeby nie można było wybrać czegoś dla siebie. Co więcej ? serwowane są tam same nowości, więc wiadomo, że dzięki temu można być wciąż na czasie, nie odstawać. Oprócz tego można się w każdej chwili przenieść na coś innego. Ceny nienajgorsze, da się przeżyć, więc co weekend wielkie kina pękają w szwach. Kto wcześniej nie zarezerwuje sobie miejsca, może pocałować klamkę. No, chyba że zadowoli się jakimś niszowym filmem, na co jednak przeciętny widz nie ma zamiaru przystać. Nie chce bowiem być gorszy od innych i iść na jakieś ?mało znane gówno?. Woli przeczekać, a wybrać się na szeroko rozreklamowany hit. ?Hit? tylko dlatego, że ktoś tak powiedział. Co wcale hitem nie musi w rzeczywistości być.

Aby kino nie zeszło zupełnie na psy w naszym kraju, już osiem lat temu postanowiono zaserwować coś ciekawego dla mniej przeciętnych widzów. Coś, czego w wielkim kinie się nie odnajdzie, bo nigdy do niego nie trafi, bo jest albo zbyt ambitne, albo za mało znane, co nie znaczy, że za mało dobre. Otóż, już w połowie marca rozpoczął się w całej Polsce 8. Tydzień Kina Hiszpańskiego w sześciu miastach: Warszawa ? kino Muranów, Kinoteka, KINO.LAB (27 marca ? 3 kwietnia 2008); Kraków ? kino Pod Baranami (30 marca ? 5 kwietnia); Katowice ? kino Światowid (1 ? 7 kwietnia); Poznań ? kino Muza (3 ? 9 kwietnia); Gdańsk ? kino Neptun (5 ? 11 kwietnia) oraz Wrocław ? kino Atom (7 ? 13 kwietnia).

Nietrudno się domyślić, że skoro zorganizowano już ósmą tego rodzaju edycję w naszym kraju, to tylko oznaka tego, ilu jest co roku chętnych, aby obejrzeć filmy rodem z gorącej Hiszpanii. Większość z tych produkcji nigdy w normalnych warunkach nie zagościłaby w polskich kinach. Powody zostały podane wyżej ? uważa się, że głupawa komedyjka o nastolatkach, których głównym zmartwieniem jest bycie prawiczkiem przed balem maturalnym, to zdecydowanie lepsza propozycja niż jakaś inna, od naszych południowych ?sąsiadów?. Na taki stan rzeczy doprawdy brak słów, ale pocieszające jest przynajmniej to, iż ktokolwiek zreflektował się na tyle, by taki tydzień kina hiszpańskiego w ogóle dla nas zorganizować. Nietrudno się domyślić, że kina, które włączyły się w tę akcję, nie należą do żadnej wielkiej sieci. Posiadają jedną salę, dziesięć razy mniej miejsc niż normalnie, ekran umieszczony gdzieś wysoko o rozmiarach trzy metry na pięć lub jeszcze mniejsze, często nie ma tam nawet szatni, ale? właśnie dzięki temu mają swój własny, niepowtarzalny klimat. Ludzie, którzy do nich przychodzą, są naprawdę wyjątkowi. Oczywiste, że kina tego typu na co dzień nie serwują żadnych nowości. Ale najwyraźniej muszą cieszyć się wzięciem, skoro jeszcze istnieją. Co więcej ? musi im się owa działalność opłacać, jeśli mają ochotę organizować przeglądy tematyczne filmów. Kino hiszpańskie to nie jedyna tego rodzaju akcja, ale właśnie o niej chciałabym więcej powiedzieć, gdyż postanowiłam wziąć w niej chociaż minimalny udział, na miarę własnych możliwości.

W tym roku szczególną rolę w krzewieniu kultury hiszpańskojęzycznej odegrał w Poznań, który oprócz zorganizowania Tygodnia Kina Hiszpańskiego, zainicjował również rozpoczęcie I Festiwalu Kultury Hiszpańskiej, w programie którego także znalazły się właśnie filmy, nad którymi patronat objęło kino ?Muza?. Ale to nie wszystko. Festiwal ten przyjął nazwę ?Que Pasa??, odbywał się w Poznaniu w dniach 3 do 9 kwietnia 2008 r., a w Internecie informacje na jego temat znaleźć m.in. na portalu ?epoznan.pl?. W organizację włączyło się, jak już wspomniałam, kino ?Muza?, ale również Centrum Języków Obcych ?Kontakt? (które ufundowało znaczną ilość nagród dla uczestników festiwalu) oraz Ośrodek Rozwoju Osobistego Kobiet ?Babiląd?. Patronat nad festiwalem objęli: Poznańska Telewizja ?WTK?, ?Espana?, Radio ?Afera?, Radio ?Merkury?, Portal ?epoznan.pl? oraz ?Interia.pl?. Oprócz patronów, impreza znalazła również swoich partnerów, ale o tym będzie mowa za chwilę.

Pierwszego dnia festiwalu, tj. w czwartek 3 kwietnia o godzinie 20:30 w kinie Muza puszczono film pt.: ?Sierociniec?, głośny hit w Hiszpanii w ubiegłym roku. Od godziny 21 natomiast w klubie Muchos Patatos przy ulicy Szewskiej 2 zorganizowano wieczór z tangiem argentyńskim, a później imprezę taneczną.

W piątek, 4 kwietnia, o godzinie 19 rozpoczęto projekcję komedii ?Odejdź raz na zawsze?, zaś od 21.00 ? ?Wcielenia Celii?. Oprócz tego w Muchos Patatos odbywała się impreza taneczna pt. ?Fiesta latina? wraz z nauką sevillanas (tańca podobnego do flamenco) oraz degustacją przysmaków Andaluzji i projekcją zdjęć z tego regionu.

W sobotę, 5 kwietnia, wyświetlono kolejne dwa filmy: o godzinie 19 animacja ?De Profundis?, a o 21.00 ? ?Obaba?, na podstawie zbioru opowiadań baskijskiego pisarza Bernardo Atxagi. Oprócz tego w godzinach 12 ? 15 w ?Babilądzie? odbywały się warsztaty sevillanas w cenie 60 zł od osoby (bilety rozeszły się niczym ciepłe bułeczki), poza tym ? warsztaty flamenco w szkole tańca ?La Tormenta? w godzinach 15.30 – 17.00. Od 21 w klubie ?Blue Note? odbywała się impreza pt.: ?Salsa non stop fusion? ? wstęp kosztował: 8 zł ? bilety w przedsprzedaży, 10 zł ? przed samą imprezą.

W niedzielę, 6 kwietnia, o godzinie 18 nastąpiła projekcja filmów krótkich (łączny czas: 90 minut) w kinie ?Muza?, natomiast po tym, o godzinie 20 puszczono ?Samotność?, również bardzo głośny film hiszpański ubiegłego roku. Oprócz tego od godziny 17 w ?WZ Strefa Tańca? przy ulicy Fredry 12 odbyło się spotkanie z Evą Rufo, która po hiszpańsku przeniosła słuchaczy w świat magii i baśni. Bilety w przedsprzedaży w ?Kontakcie? kosztowały 7 zł, zaś przed samym spotkaniem ? 10 zł. O godzinie 19 natomiast w klubokawiarni ?Meskal? przy ulicy Nowowiejskiego 17 odbyło się spotkanie z pilotami wypraw do Ameryki Południowej z KribatiClub.pl (mowa była na nim głównie o Boliwii). Wstęp był bezpłatny.

W poniedziałek, 7 kwietnia, od godziny 15 w Collegium Novum (UAM) przy Alejach Niepodległości 4, w sali 513A, odbył się wykład po hiszpańsku w wykonaniu Raula Rodrigueza na temat obecnych problemów teatru w Ameryce Łacińskiej. O godzinie 16.30 w kinie ?Muza? puszczono film pt.: ?Życie Niczyje? oraz dokument pt.: ?Po drugiej stronie lustra?.

We wtorek, 8 kwietnia, o godzinie 16 wyświetlono film pt.: ?Z pustymi rękami?, a o 18.15 ? ?Pociąg wspomnień?. O godzinie 20.30 w klubokawiarni ?Meskal? przewidziano spotkanie ze studentami pt.: ?Stypendium Sokrates ? jak przeżyć??. Na spotkaniu tym można było się dowiedzieć wszystkich niezbędnych szczegółów na temat rzeczywistości życia studentów, którzy wyjechali w ramach programu Sokrates-Erasmus właśnie do Hiszpanii.

W ostatnim dniu kończącym festiwal, tj. w środę, 9 kwietnia, przewidziano tylko jeden film w kinie ?Muza?, za to wielki hit pt.: ?Legenda o czasie?, na godzinę 20.30. Od godz. 22 odbywała się impreza w rytmach latino w klubie ?Cuba Libre? przy ulicy Wrocławskiej 21, niedaleko Starego Rynku. W programie imprezy był koncert zespołu Kandela z Ameryki Południowej, pokaz salsy w wykonaniu grupy Barrio Latino oraz tańce ? wstęp wolny.

Dobrze. Czas zatem zrobić małe podsumowanie. Spośród całej gamy propozycji udało mi się skorzystać tylko z jednej. Mianowicie, w piątkowy wieczór, na godzinę 19, wybrałam się do kina ?Muza?, aby obejrzeć film pt.: ?Odejdź raz na zawsze!? (tytuł oryginalny: ?Vete de mi!?). Chciałam również wybrać się w środę na ?Legendę o czasie?, lecz gdy przyszło co do zakupu biletów, we wtorek, dowiedziałam się, że ?od trzech dni? ich już nie ma. Aż tyle chętnych osób. Nie do wiary, wydawałoby się. No, ale cud, że chociaż na ten jeden filmik udało mi się dotrzeć, gdyż, jak się okazało, sala była pełna. Gdyby nie moja koleżanka, która stawiła się dużo wcześniej przede mną w kasie, nie wiem, czy bilety bym w ogóle otrzymała. No, ale uffff ? udało się. Portfel szczuplejszy o złotych trzynaście, ale co tam. Jeśli kocha się Hiszpanię i wszystko, co z nią tylko związane, to nie ma co żałować! Do tego jeszcze coś a?la kawa z automatu przed wejściem na salę, ale jedyne, co wspominam z tegoż wydarzenia to to, że się ona wylała na moje ręce., bo była nalana do pełna, a ja, jak pokraka, nie byłam w stanie jej w spokoju utrzymać, z powodu jej gorąca. Dygresje jednak tego typu odstawmy może na bok. Chciałabym wspomnieć o tym, jak wspominam swoje oczekiwanie na projekcję, gdy siedziałam w czymś w rodzaju poczekalni. Ciasnej co prawda, ale mającej swój urok, bo przytulnej. Najpierw nie było nikogo. Z jednej strony cieszyłam się, że będzie luźno, no ale z drugiej ? takie rzeczy, wiadomo, iż znacznie przyjemniej ogląda się w większym gronie pasjonatów, podobnych do siebie pod tym względem. Do zwykłego kina bowiem idzie, jakby to powiedzieć delikatnie? ?mieszanka wybuchowa?? Chodzi o to, że chadzają tam różne grupy społeczne, ludzie w różnym wieku, z różnym natłokiem myśli w głowie. Tu jednak było inaczej, gdyż nikt taki zupełnie przeciętny nie wybiera się na takowy festiwal. To musieli być ludzie na swój sposób wyjątkowi. Choćby dlatego, że zafascynowała ich kultura hiszpańskojęzyczna. Z czasem, z minuty na minutę, owa poczekalnia przyjmowała coraz więcej gości w swoje szeregi. O miejscu w tylnych rzędach można było, praktycznie rzecz biorąc, zapomnieć. Ostatecznie usiadłyśmy w rzędzie trzecim, obok nas pan ?od projekcji?, z całym sprzętem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, dlaczego takie kina mają wciąż prawo bytu. To zupełnie bowiem inne miejsce niż te wielkie budy, do jakich chadzałam do tej pory. Oczywiście, nadal będę to robić, ale z pewnością nie raz jeszcze skorzystam z oferty kina tak kameralnego, jak na przykład ?Muza?. Wokoło mnóstwo plakatów. Żaden tytuł tzw. ?pierwszej świeżości?. A gdzież tam. Same starocie w stylu ?Czasem słońce, czasem deszcz?. Ale właśnie dzięki temu tak? ?klimaciarsko?. Spodobało mi się i obiecałam sobie, że kiedyś znów tu wpadnę. Jeśli nie na ?nieprzyzwoicie tani czwartek? (bilety po 5 zł wtedy?), to przynajmniej na kolejny festiwal, jaki się tu odbędzie. Gdy już się wszyscy w miarę wygodnie usadowili (z naciskiem na ?w miarę?, gdyż profil siedzonek pozostawia troszkę do życzenia, ale oczywiście nie przeszkadzało to w niczym, tylko żeby nie ścierpnąć, trzeba było się dużo wiercić w miejscu), przywitała nas młoda, miła pani. Przedstawiła się jako wysłanniczka szkoły języków obcych ?Kontakt?. Rozlosowano nagrody ? główna, zdaje się, pendrive, potem jakieś rozmówki, a dalsze, to szczerze nie wiem. Potem zgasły światła. Dopiero za chwilę uświadomiłam sobie, że film może nie mieć polskich napisów, do tłumaczenia. Zadrżało mi serce, podeszło niemal do gardła. Za chwilę me wstępnie pobudzone nerwy wróciły do swojego pierwotnego porządku, gdyż stwierdziłam, że nawet, gdyby tak miało właśnie być, to i tak warto było tu przyjść, chociaż żeby posłuchać sobie tegoż pięknego języka w ustach Hiszpanów z krwi i kości, z tym jakże prześwietnym akcentem i naciskiem na literki ?s?, ?k?, i inne charakterystyczne, co tak bardzo kocham, że aż się rozpływam za każdym razem, ilekroć to słyszę? Niepotrzebnie jednak w ogóle się nad tym zastanawiałam, gdyż film pokazywano wraz z napisami. Czasem w ogóle one znikały gdzieś w tłumie, czasem były pokazywane z opóźnieniem, ale wszystko dało się zrozumieć, hiszpański to ma do siebie, że ma wiele charakterystycznych zwrotów, których, no, nie da się chyba nie znać.

?Odejdź raz na zawsze!? miał być najbardziej lekkim filmem ze wszystkich propozycji 8. Tygodnia Kina Hiszpańskiego. Niestety, nie był taki do końca. Dobrze napisano w opisie, iż jest to ?gorzka komedia?. I że do typowej komedii się to nie zalicza ani trochę, ale że nie jest to również klasyczny dramat. Tak więc ? coś pomiędzy tymi dwoma gatunkami. Dlaczego? Jak na komedię film był wyjątkowo nieśmieszny. Co prawda, już od samego początku, widzowie na sali co chwilę wybuchali śmiechem, lecz podejrzewam, że robili to dla tzw. zasady. Bo wypadało. Bo skoro w opisie było ?komedia?, to dobrze byłoby się od czasu do czasu pośmiać, nawet, jeśli to ?suchar?. Ponadto ? film bez końca! Dalsze losy można by interpretować na dowolny sposób. Tak nierozwiązane losy głównych bohaterów dają uczucie nienasycenia. Siłą rzeczy chciałoby się wiedzieć, co miało być dalej. Jednak napisy końcowe są bezlitosne i urywają fabułę w najbardziej kulminacyjnym punkcie, kiedy problemy są tak nawarstwione, że trudno je normalnie rozwikłać?

Tak charakterystyczny film nie może zatem obejść się bez większego echa. Nawet, jeśli nie był super zabawny. Aczkolwiek nie dawał powodów do płaczu, tym bardziej już nie wzruszał ani trochę. Akcja bardzo jałowa i, wydawałoby się, banalna. Stary, ?drugoligowy? aktor z teatru, Santiago, mieszka z młodszą od siebie aktorką i niczym się nie przejmuje. Do momentu, gdy do jego domu przybywa jego 30-letni syn Guillermo, który odwraca całe życie ojca do góry nogami. Twierdzi, że musi sobie u niego trochę pomieszkać, bo pokłócił się z matką. A że nie widzi rozwiązania tej sytuacji, wobec tego musi gdzieś spać, przecież nie pod mostem. Santiago nie widział syna od wielu, wielu lat i przez cały ten czas nie interesował się jego życiem, więc tak nagłe spotkanie jest dla niego nie lada szokiem. Nie kryje swojego niezadowolenia i wmawia Guillermo, że dla trzech osób nie ma miejsca w jego ciasnym mieszkanku, i tak dalej. O dziwo, syn nie wypomina ojcu braku zaangażowania w ich wspólne relacje, jedynie chce mieć gdzie mieszkać. Sam okazuje się być nie lepszy ? jest kłamcą i egoistą. Nie potrafi znaleźć sobie zajęcia na całe życie, poznane przypadkowo dziewczyny w pubach traktuje przedmiotowo, potrzebując je tylko na przysłowiową jedną noc. Żaden z rozpoczętych i rzucanych na przemian przez niego kierunków studiów nie przyniósł mu satysfakcji i poczucia powołania. W pewnym momencie chłopakowi wydaje się, że również chce być aktorem, lecz przy końcu okazuje się to być zwyczajnym blefem. Santiago natomiast tak bardzo boleje nad tym, że jego syn jest tak nieporadny i nie ma stałego zajęcia, że wiecznie się z nim kłóci, wypomina mu wszystkie błędy. Na przykład fakt, że jego syn uwielbia gry PlayStation. O dziwo, najwięcej serca Guillermo okazuje kochanka ojca, Ana. Ta, nie mogąc znieść pychy swego mężczyzny, tego, że nieustannie krytykuje swego syna, kłóci się z Santiago. Pewnego poranka, gdy odkrywa, że Santiago całą noc grał na konsoli, co tak bardzo tępił u Guillermo, nie wytrzymuje i pakuje swoje rzeczy, wyprowadza się. Widzowi wydaje się jednak wówczas, że to tak błaha sprawa, więc na pewno oboje się jeszcze zejdą. Tak się już jednak nie dzieje, gdyż ? jak wspomniałam ? film kończy się w kulminacyjnym punkcie, nie rozwiązując większości spraw. Santiago, nie dość, że stracił kobietę, jego relacje z synem pozostawiają wiele do życzenia, to jeszcze nie stawia się na przedstawieniu w teatrze, wobec czego traci również swoją pracę. Co prawda, nienawidził jej, nie potrafił znieść, że wciąż musi grać jakieś komiczne, idiotyczne role, które wiecznie go ograniczają, które oglądają jedynie podstarzali emeryci, nie mając większych szans na poszerzenie horyzontów ? ale był to jego jedyny zarobek. Guillermo również nie lepszy pod tym względem, ale z pewnością z większą ilością oleju w głowie w momencie, gdy zrozpaczony, zdesperowany ojciec proponuje mu wyjście na ?kurwy?. Gdy już znajduje się w osobnym pokoju z jedną z nich, okazuje się, że wcześniej obita stopa spuchła na tyle, że trzeba pokazać ją lekarzowi. W szpitalu dochodzi do kłótni pomiędzy ojcem i synem ? poszło właśnie o to, że Santiago nie stawił się na przedstawieniu i w ogóle nie ma się co już w teatrze pokazywać. Film kończy się sceną, w której oboje siedzą przy jednym stoliku i wspólnie jedzą makaron, podkradając go sobie nawzajem.

W roli głównej, czyli Santiago, wystąpił Juan Diego; w Guillermo wcielił się Juan Diego Botto, a w Anę – Cristina Plazas. Matkę Guillermo, byłą żonę Santiago, Julię, zagrała Rosa Maria Sard?. Zarówno scenarzystą, jak i reżyserem filmu jest Víctor García León. Rok produkcji: 2006, czas trwania: 90 minut. Oficjalna, hiszpańska strona filmu to: http://www.gona.es/vetedemi/.

Pomimo tego, że film generalnie sprawia wrażenie beznadziejnego, absolutnie nie żałuję, że się na niego wybrałam. Przede wszystkim ze względu na rozkosz dla ucha, jakim było napawanie się oryginalną wymową hiszpańską. Co prawda, można mieć taką na co dzień, gdy włączy się jakieś ?brazyliano? w telewizji, ale zawsze nakłada się to z tłumaczeniem lektora i zagłusza pierwotną mowę. Tutaj, dzięki napisom, nie było tego efektu. Poza tym ? fajnie się ogląda takie filmy w większej grupie! No i wreszcie ? zawsze warto wybrać się na coś nietuzinkowego, innego od tego wszystkiego, co serwują nam wszystkie zwykłe kina. I dlatego polecam tę produkcję, bo po prostu jest? inna.

Źródła informacji:

1. 8. Tydzień Kina Hiszpańskiego => http://www.manana.pl/hiszpanie/

2. ?Que Pasa?? ? opis wszystkich imprez towarzyszących festiwalowi => http://www.epoznan.pl/index.php?section=kultura&subsection=wydarzenie&id=20793

3. Ulotka z kina ?Muza? w Poznaniu ? repertuar filmów hiszpańskich

4. ?Odejdź raz na zawsze!? => http://www.film.gildia.pl/filmy/vete_de_mi

 

Opracowanie: Marta Akuszewska


Ta strona wykorzystuje pliki cookies. Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie.
Więcej informacji na ten temat można znaleźć w dziale polityka prywatności/prywatność i wykorzystywania plików cookies/polityka cookies .